
Magdalena Fręch rozpoczęła tegoroczne Australian Open z przytupem.
Choć losowanie wydawało się dla niej najkorzystniejsze spośród wszystkich Polek, sama zawodniczka doskonale wiedziała, że w turnieju wielkoszlemowym nie ma łatwych meczów. Spotkanie z Veroniką Erjavec – 99. rakietą świata – potwierdziło to przez pierwszych kilkanaście minut. Później jednak na korcie w Melbourne Park oglądaliśmy już tenis jednostronny, pełen pewności, odwagi i konsekwencji po stronie Polki.
ierwsze trzy gemy trwały blisko kwadrans i wymagały od Fręch ogromnej cierpliwości. Słowenka grała agresywnie, dobrze serwowała i nie pozwalała Polce wejść w rytm. Jednak kluczowy okazał się moment, w którym Fręch zaczęła coraz odważniej atakować drugi serwis rywalki. To był punkt zwrotny. Pierwszy set zakończony wynikiem 6:1, w pełni zasłużenie i bez cienia wątpliwości.
Przeczytaj: Trener Barcelony zabrał głos w sprawie decyzji Realu Madryt
Druga partia była jedynie potwierdzeniem dominacji Fręch. Australijskie korty od lat jej sprzyjają – to tutaj notowała swoje najlepsze wielkoszlemowe występy, a warunki gry idealnie odpowiadają jej stylowi: cierpliwemu, regularnemu, ale jednocześnie coraz bardziej ofensywnemu.
Po podwójnym błędzie serwisowym Erjavec Polka prowadziła już 6:1, 4:1 i była o krok od awansu. Grała pewnie, dokładała kolejne winnery, świetnie poruszała się po korcie i nie pozwoliła rywalce na choćby cień nadziei na odwrócenie losów meczu. Spotkanie zakończyło się po niespełna godzinie – prawdziwy pokaz skuteczności.
Zwycięstwo Fręch to nie tylko awans do drugiej rundy, ale także jasny sygnał, że Polka jest w świetnej formie fizycznej i mentalnej. Jej gra była stabilna i przemyślana.
Bardzo dobre wieści docierają do nas z Melbourne na początek polskiego dnia podczas Australian Open https://t.co/YKLRT0WYcb
— Tenisklub.pl (@TenisklubPL) January 19, 2026
W kolejnej rundzie czeka ją rywalka zdecydowanie bardziej wymagająca, ale jeśli Fręch utrzyma poziom z meczu otwarcia, może sprawić niejedną niespodziankę. Jej tenis dojrzewa, a pewność siebie rośnie z każdym turniejem.
Przeczytaj: Casemiro przed misją niemożliwą

















